Tekst pierwotnie opublikowany 20 lipca 2025 na Facebooku, zamieszczam tutaj w celach archiwalnych.
Do napisania tej notki zainspirował mnie zapis panelu Dlaczego solarpunk jest trudny?, a także lektura pierwszego numeru Emarginacji, gdzie w wypowiedziach trzech różnych osób wspominany był solarpunk, to, jak mało pisze się go w Polsce, że trzeba więcej itp. Mam zresztą wrażenie, że jest to dominujący ton, w jakim mówi się o solarpunku w ogóle – jako o gatunku, który bardzo próbuje i bardzo nie może się narodzić, mimo że ogromnie go potrzebujemy.
To może brzmi sarkastycznie, kiedy tak streszczam, i faktycznie jestem głęboką solarpunkosceptyczką, ale generalnie lubię podchodzić poważnie nawet do zjawisk, z którymi się nie zgadzam – więc z zainteresowaniem wysłuchałam panelu, w którym wzięły udział osoby zaangażowane w solarpunkowy projekt. Jest to bardzo ciekawa dyskusja, warto jej wysłuchać, jeśli temat was interesuje. Poniżej natomiast znajdziecie moje notatki, w których podsumowuję, dlaczego solarpunk nie tylko jest trudny, ale prawdopodobnie w ogóle się nie wydarzy jako fenomen literacki o większym zasięgu.
Na wstępie warto zwrócić uwagę, że w panelu wzięło udział dwoje aktywistów i promotorów solarpunka, czyli Paweł Ngei i tłumaczka Martyna Łysakiewicz, Asia Kaniewska, która jest krytyczką, badaczką oraz tłumaczką, i wreszcie Błażej Jaworski z bloga Ekofikcje: jedyny prozaik w tym gronie, który jednak odżegnywał się w czasie panelu od etykiety solarpunka i preferuje szersze określenie climate fiction. W pewnym momencie uczestnicy rozmowy wspominali o tym, że przeszkodą dla zaistnienia solarpunku są realia rynku wydawniczego. Solarpunk może być postrzegany przez kapitał jako zagrożenie, ponieważ jest oddolnym ruchem pokazującym, że możemy przejmować technologię, jaką daje nam Big Tech, i wykorzystywać ją tak, jak nam się podoba – tradycyjne wydawnictwa mogą więc być niechętne publikowaniu takich treści. Problemem jest również prawo autorskie i czas oczekiwania na decyzję w czasopismach literackich, a także okresy wyłączności, jakie wydawcy z reguły sobie zastrzegają („Próbując wbić się z opowiadaniem do jakiegoś miejsca, blokujemy je w kilkunastu innych i nie możemy się nim podzielić z ludźmi”). Patrząc jednak na skład panelu, myślę, że kłopot jest dużo bardziej fundamentalny, bo gdyby masy piszących zaczęły nagle solarpunk tworzyć, to ktoś mimo wszystko by się z nim przebijał. Tak się jednak nie dzieje; o solarpunk upominają się głównie aktywiści i czytelnicy, natomiast twórcy zdają się sięgać po niego niechętnie. Dlaczego?
Padające blisko początku, w części rozmowy poświęconej definicji solarpunku, pytanie „czy to ruch, czy estetyka, czy co?” dobrze zarysowuje pewne fundamentalne napięcia, które raz po raz ujawniały się w dyskusji. Wiele osób może kojarzyć solarpunk z reklamy jogurtu Chobani albo powstających na jej kanwie idyllicznych obrazków z Tumblra. W krajach Globalnego Południa jest to jednak również ruch aktywistyczny, którego przedstawiciele hakują i przetwarzają produkty i technologie, by dostosować je do potrzeb własnych i lokalnych społeczności. To, że na Północy towary i dobra są jeszcze ciągle w miarę łatwo i tanio dostępne, więc podobny ruch się do tej pory nie wykształcił, może być jedną z przyczyn, dla których solarpunk nie zdobył tutaj popularności. Napięć jest jednak więcej.
Jednym z nich jest na pewno kwestia skali. Solarpunk startuje z pozycji anarchistycznych, interesują go małe społeczności; Asia Kaniewska wspominała też, że interesują ją historie bliskiego zasięgu, w których „zwykła osoba mogłaby coś zrobić i to by coś dało”. Z drugiej strony w niektórych wypowiedziach dawał się wyczuć sceptycyzm wobec jednostkowych rozwiązań, akcentowano fakt, że czekają nas duże zmiany społeczne i solarpunk powinien nas z nimi oswajać, ale także testować rozmaite wizje i modele społeczeństw.
Kolejne zagadnienie to technologie. Dyskutanci wskazywali, że „zawieranie cudownej technologii, która wszystko rozwiąże, byłoby nieszczere wobec czytelnika” i z przekąsem wypowiadali się o „miękkim sci-fi futurologicznym, gdzie przyjdą kosmici”, życząc sobie „hard esefu, który wyobraziłby sobie, jak mógłby funkcjonować system energetyczny czy żywnościowy”. Jednocześnie jednak mówiono sporo o fantastyce bardziej socjologicznej i, cóż, miękkiej, przystępnej dla osób nieoblatanych technologicznie, akcentującej ludzką sprawczość, zainteresowanej wyobrażaniem sobie nowych form społecznych, gdzie technologia pełni rolę służebną wobec ludzkich potrzeb.
Wreszcie: skomplikowana kwestia optymizmu, akcentowanie z jednej strony utopijności i optymizmu, z drugiej strony terapeutycznego oswajania traum klimatycznych, które dopiero nadejdą, nadzieja jako ciężka praca, cząstkowe zwycięstwa.
Jak widać z tego zestawienia, solarpunk ciągnięty jest w rozmaite strony, ma zaspokajać różne potrzeby: trochę twardego esef, trochę miękkiego, trochę jednostki i małej skali, żeby dało się uwierzyć w proponowany przezeń optymizm, trochę utopijności i wiary w ludzkość. Do pewnych postulatów mi zdecydowanie bliżej (skupienie na ludziach i społecznościach, akcentowanie zbiorowej sprawczości, krytyczny namysł nad tym, jakie technologie są przydatne, a jakie nie), do innych zdecydowanie mniej (wszystko, co związane z twardą SF). Jednocześnie jednak wymogi utopijności i optymizmu bardzo solarpunk krępują, przede wszystkim zaś bardzo trudno wywnioskować, co dokładnie miałoby stanowić motor napędowy fabuły oraz co miałoby sprawiać osobie piszącej frajdę. Solarpunk jest ważny i potrzebny i przypomina w tym trochę szpinak, który każą jeść rodzice, ale przydałyby się do niego jakieś frytki (mięska nie jemy w tym domu). I może to jest największy problem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz