Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty

24 września 2026

Dlaczego solarpunk się nie wydarzy?

Tekst pierwotnie opublikowany 20 lipca 2025 na Facebooku, zamieszczam tutaj w celach archiwalnych.

Do napisania tej notki zainspirował mnie zapis panelu Dlaczego solarpunk jest trudny?, a także lektura pierwszego numeru Emarginacji, gdzie w wypowiedziach trzech różnych osób wspominany był solarpunk, to, jak mało pisze się go w Polsce, że trzeba więcej itp. Mam zresztą wrażenie, że jest to dominujący ton, w jakim mówi się o solarpunku w ogóle – jako o gatunku, który bardzo próbuje i bardzo nie może się narodzić, mimo że ogromnie go potrzebujemy.

To może brzmi sarkastycznie, kiedy tak streszczam, i faktycznie jestem głęboką solarpunkosceptyczką, ale generalnie lubię podchodzić poważnie nawet do zjawisk, z którymi się nie zgadzam – więc z zainteresowaniem wysłuchałam panelu, w którym wzięły udział osoby zaangażowane w solarpunkowy projekt. Jest to bardzo ciekawa dyskusja, warto jej wysłuchać, jeśli temat was interesuje. Poniżej natomiast znajdziecie moje notatki, w których podsumowuję, dlaczego solarpunk nie tylko jest trudny, ale prawdopodobnie w ogóle się nie wydarzy jako fenomen literacki o większym zasięgu.

Na wstępie warto zwrócić uwagę, że w panelu wzięło udział dwoje aktywistów i promotorów solarpunka, czyli Paweł Ngei i tłumaczka Martyna Łysakiewicz, Asia Kaniewska, która jest krytyczką, badaczką oraz tłumaczką, i wreszcie Błażej Jaworski z bloga Ekofikcje: jedyny prozaik w tym gronie, który jednak odżegnywał się w czasie panelu od etykiety solarpunka i preferuje szersze określenie climate fiction. W pewnym momencie uczestnicy rozmowy wspominali o tym, że przeszkodą dla zaistnienia solarpunku są realia rynku wydawniczego. Solarpunk może być postrzegany przez kapitał jako zagrożenie, ponieważ jest oddolnym ruchem pokazującym, że możemy przejmować technologię, jaką daje nam Big Tech, i wykorzystywać ją tak, jak nam się podoba – tradycyjne wydawnictwa mogą więc być niechętne publikowaniu takich treści. Problemem jest również prawo autorskie i czas oczekiwania na decyzję w czasopismach literackich, a także okresy wyłączności, jakie wydawcy z reguły sobie zastrzegają („Próbując wbić się z opowiadaniem do jakiegoś miejsca, blokujemy je w kilkunastu innych i nie możemy się nim podzielić z ludźmi”). Patrząc jednak na skład panelu, myślę, że kłopot jest dużo bardziej fundamentalny, bo gdyby masy piszących zaczęły nagle solarpunk tworzyć, to ktoś mimo wszystko by się z nim przebijał. Tak się jednak nie dzieje; o solarpunk upominają się głównie aktywiści i czytelnicy, natomiast twórcy zdają się sięgać po niego niechętnie. Dlaczego?

Padające blisko początku, w części rozmowy poświęconej definicji solarpunku, pytanie „czy to ruch, czy estetyka, czy co?” dobrze zarysowuje pewne fundamentalne napięcia, które raz po raz ujawniały się w dyskusji. Wiele osób może kojarzyć solarpunk z reklamy jogurtu Chobani albo powstających na jej kanwie idyllicznych obrazków z Tumblra. W krajach Globalnego Południa jest to jednak również ruch aktywistyczny, którego przedstawiciele hakują i przetwarzają produkty i technologie, by dostosować je do potrzeb własnych i lokalnych społeczności. To, że na Północy towary i dobra są jeszcze ciągle w miarę łatwo i tanio dostępne, więc podobny ruch się do tej pory nie wykształcił, może być jedną z przyczyn, dla których solarpunk nie zdobył tutaj popularności. Napięć jest jednak więcej.

Jednym z nich jest na pewno kwestia skali. Solarpunk startuje z pozycji anarchistycznych, interesują go małe społeczności; Asia Kaniewska wspominała też, że interesują ją historie bliskiego zasięgu, w których „zwykła osoba mogłaby coś zrobić i to by coś dało”. Z drugiej strony w niektórych wypowiedziach dawał się wyczuć sceptycyzm wobec jednostkowych rozwiązań, akcentowano fakt, że czekają nas duże zmiany społeczne i solarpunk powinien nas z nimi oswajać, ale także testować rozmaite wizje i modele społeczeństw.

Kolejne zagadnienie to technologie. Dyskutanci wskazywali, że „zawieranie cudownej technologii, która wszystko rozwiąże, byłoby nieszczere wobec czytelnika” i z przekąsem wypowiadali się o „miękkim sci-fi futurologicznym, gdzie przyjdą kosmici”, życząc sobie „hard esefu, który wyobraziłby sobie, jak mógłby funkcjonować system energetyczny czy żywnościowy”. Jednocześnie jednak mówiono sporo o fantastyce bardziej socjologicznej i, cóż, miękkiej, przystępnej dla osób nieoblatanych technologicznie, akcentującej ludzką sprawczość, zainteresowanej wyobrażaniem sobie nowych form społecznych, gdzie technologia pełni rolę służebną wobec ludzkich potrzeb.

Wreszcie: skomplikowana kwestia optymizmu, akcentowanie z jednej strony utopijności i optymizmu, z drugiej strony terapeutycznego oswajania traum klimatycznych, które dopiero nadejdą, nadzieja jako ciężka praca, cząstkowe zwycięstwa.

Jak widać z tego zestawienia, solarpunk ciągnięty jest w rozmaite strony, ma zaspokajać różne potrzeby: trochę twardego esef, trochę miękkiego, trochę jednostki i małej skali, żeby dało się uwierzyć w proponowany przezeń optymizm, trochę utopijności i wiary w ludzkość. Do pewnych postulatów mi zdecydowanie bliżej (skupienie na ludziach i społecznościach, akcentowanie zbiorowej sprawczości, krytyczny namysł nad tym, jakie technologie są przydatne, a jakie nie), do innych zdecydowanie mniej (wszystko, co związane z twardą SF). Jednocześnie jednak wymogi utopijności i optymizmu bardzo solarpunk krępują, przede wszystkim zaś bardzo trudno wywnioskować, co dokładnie miałoby stanowić motor napędowy fabuły oraz co miałoby sprawiać osobie piszącej frajdę. Solarpunk jest ważny i potrzebny i przypomina w tym trochę szpinak, który każą jeść rodzice, ale przydałyby się do niego jakieś frytki (mięska nie jemy w tym domu). I może to jest największy problem.